Django – recenzja

Gdyby ktoś mi powiedział, że jest taki western, w którym w soundtracku grany jest rap, to bym popatrzył na niego z politowaniem.

Poważnie, wcześniej, gdyby ktoś mi powiedział, chodź, oglądniemy western z rapsami w tle, to bym mu odpowiedział, żeby poszedł durnia szukać gdzie indziej i że i tak mam mało czasu na inne, wartościowe rzeczy. Ale to nie jest jakiś tam film. Tutaj reżyserem był Quentin Tarantino. To nie miało prawa wyjść słabo.

Nie przepadałem wcześniej za DiCaprio, ale w Django mi się podobał.
Nie przepadałem wcześniej za DiCaprio, ale w Django mi się podobał.

Gdybyście mieli odpowiedzieć na pytanie – co musi mieć film, by być dobrym – co byście powiedzieli? Bo wedle moich kryteriów Django ma prawie wszystko. Jest solidna, trzymająca się kupy fabuła, są wyraziści bohaterowie (wszyscy kochają takich cwaniaków jak Schultz), jest akcja, jest świetna muzyka (tak, nawet z rapsami) i co oczywiste u Quentina – są mocne dialogi. Chłonąłem ten film jak gąbka i gdy się skończył, żałowałem że to nie jest odcinek pilotowy serialu, który ciągnął by się przez kilka sezonów.

Gdybym miał scharakteryzować wszystkie filmy Tarantino kilkoma wspólnymi hasłami byłby to: dialogi, krew, przemoc, mięsiste dialogi, Samuel L. Jackson, muzyka, wyraziste postaci, jeszcze raz dialogi, sceny z ujęciem kamery z bagażnika. Zaskakujący jak na twórczość Tarantino był przede wszystkim brak tego ostatniego, ale można chyba zrozumieć, że w tym filmie ciężko byłoby taką scenę uzasadnić. Chociaż z drugiej strony, wcześniej tak samo bym mówił o połączeniu rapu (ale nie tylko rapu!) z westernem, że jakoś tego nie widzę. Dziś już bym tak nie powiedział. Absolutnie genialnie to wyszło. Zresztą, o soundtracku pisał więcej Andrzej, więc poczytajcie i posłuchajcie u niego.

O samej fabule nie będę wam za dużo pisał, bo nie wiem czy już oglądaliście, ale warto wspomnieć, że głównym bohaterem filmu jest czarnoskóry niewolnik, będzie więc trochę o rasizmie. Przewinie się wątek Ku Klux Klanu i jestem pewien, że scena z nimi stanie się kultową i będzie w dalekiej przyszłości często wspominana.

Film Tarantino bez Samuela? Not on my watch.
Film Tarantino bez Samuela? Not on my watch.

Gdybym już miał się do czegoś przyczepić, to przede wszystkim to, że fabuła mnie nie potrafiła zaskoczyć (no, może poza jedną sceną) i była dość przewidywalna. Nie mniej, nie przeszkadzało mi to w odbierze całości, bo reszta elementów była na mistrzowskim poziomie. Jeśli lubisz Tarantino to Django to pozycja obowiązkowa dla ciebie. Jeśli nie, to film też jest godny polecenia. To naprawdę dobrze spędzony czas i nie będziecie żałowali.

Źródła zdjęć:1,2,3