Hej,

Piszę do ciebie… W sumie sama nie wiem dlaczego piszę. Może potrzebuję się wygadać? Może szukam odrobiny zrozumienia, pocieszenia? A może po prostu chce mi się płakać, ale to w sumie bez sensu tak siedzieć i płakać, szkoda też krzyczeć bo innym się robi przykrość, więc pokrzyczę i popłaczę sobie wirtualnie, w tej wiadomości do ciebie. No więc kel, (bo mogę tak się do ciebie zwracać, prawda?) mam problem. Nie ze sobą i nawet nie do końca z facetem i w gruncie rzeczy nie jesteś mi w stanie pomóc, ale opowiem ci pewną historię. Od początku.

Poznaliśmy się na studiach. Fajne czasy, te studia. Człowiek dostaje, niewielki bo niewielki ale zawsze, przelew na konto od rodziców, ma dużo wolności i jeszcze nie tak dużo obowiązków. Więcej ich niż w liceum ale tam to człowiek jeszcze dzieckiem był, nie wiedział co i jak. No więc poznaliśmy się. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Najpierw byliśmy przyjaciółmi. Nie, nie dlatego, że wrzuciłam go do friendzony, po prostu bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Rzadko się zdarza ktoś, na kogo można liczyć w każdej sytuacji, prawda? Na niego można było.

Gdybyś mógł sobie wyobrazić najbardziej romantycznego faceta, ale takiego męskiego i troskliwego, to J. właśnie taki był. I to jeszcze zanim ze sobą byliśmy. To był ktoś, kto pamiętał jakie kwiaty lubię dostawać, nigdy nie miał problemu z wyborem odpowiedniej knajpy a wino które przynosił na spotkania zawsze było idealne w smaku. Nie, mówię całkiem serio, miałam już kilku facetów w swoim życiu, ale nie mogłabym wymarzyć sobie nikogo bardziej romantycznego. Podobne zainteresowania, podobne poglądy, wspólne wyjazdy. Wydawało się, że musimy skończyć razem. I skończyliśmy.

Wszystko było niemal idealne. Dogadywaliśmy się na prawie wszystkich płaszczyznach. Oprócz jednej.

Nasz seks był do niczego.

Ale hej, nie pomyśl sobie niczego o mnie. Wiem, że moje pokolenie jest z czasów, gdzie seks stawia się na pierwszym planie a zegarki zamiast naprawiać, wyrzuca się, ale ja taka nie jestem. Serio, naprawdę próbowałam wielu rzeczy. Były rozmowy, były starania. Radziłam się przyjaciółek (wiem, nie powinnam), radziłam się przyjaciół. I nic. Dalej było do niczego.

Wiesz kel, ja naprawdę chciałam ten zegarek naprawić, ale z każdą rzeczą jest tak, że istnieje pewna granica, po której przekroczeniu, nie ma sensu już dalej próbować naprawy. Myśmy tą granicę przekroczyli bardzo mocno.

Rozstaliśmy się. Zostaliśmy przyjaciółmi (nie śmiej się!).

Niedługo potem poznałam T. Do dziś jestem niemal pewna, że T. był moją prawdziwą miłością, tylko zwyczajnie nie możemy być ze sobą, bo to człowiek jedynie do tańca. Lekkoduch, dusza artysty. W łóżku, wybacz mi, nie powinnam tak pisać, ale pal to licho, w łóżku nigdy nie było mi lepiej. Pieprzyliśmy się jak króliki, nie było dnia bez igraszek. Tak się w nim zakochałam, że aż mi głupio, bo wyjechałam za nim do innego miasta. Ja, wykształcona, z ambicjami, rzuciłam wszystko i pojechałam za nim.

T. nie był materiałem na męża. Oczywiście, ta wiedza przyszła dopiero po czasie, ale i tak nie żałuję tego co się stało. Przyjaciel, którego się radziłam nawet wspominał, że T. może być tylko lekarstwem, wszystkim tym czym nie był J. ale ja tam wiem swoje. Kochałam go i już. Ale miłość i seks to za mało.

Od T. trafiłam prosto w ręce J. Zbieg okoliczności sprawił, że J. był w tym samym mieście, a jako że nie bardzo miałam gdzie się podziać, to mnie przygarnął. I wiesz co? Nagle nam się ułożyło. Wszystko wróciło do normy ale oprócz tego udało nam się jakoś dogadać w alkowie. Nie było idealnie i z pewnością nie było to samo co z T. ale było zdecydowanie lepiej niż wcześniej.

Nie było motyli w brzuchu, nie było wielkiego odjazdu. Nie, to nie była wielka miłość, ale kel, było mi z nim dobrze, naprawdę. Kochałam go. Może bardziej jak przyjaciela niż jak kochanka, ale oboje wydawaliśmy się szczęśliwi. Kel, słowo klucz, wydawaliśmy się.

Wszystko wyszło zupełnie przypadkiem. Może mi nie uwierzysz, ale nie należę do tych zdesperowanych lasek, co za wszelką cenę muszą swoich misiaczków kontrolować na każdym kroku. Nie sprawdzałam swojego chłopaka, nie przeglądałam jego rozmów, nie zaglądałam w jego rzeczy. Nigdy mnie takie coś nie bawiło i zawsze uważałam to za objaw idiotyzmu. Pewnego razu po prostu siedzieliśmy razem, jego telefon zawibrował, chciałam mu go podać i przypadkowo zobaczyłam na zablokowanym ekranie kawałek wiadomości. Nie mogło być żadnej pomyłki i żadnych wątpliwości.

Po wielu godzinach wyciągania z niego informacji, J. wyznał mi, że jest gejem.

Kel, kurwa. Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie tego ciosu. Nie masz pojęcia, jak to zabolało. Ale wiesz co? Ogarnęłam to. Dałam sobie z tym radę. Może dlatego, że był bardziej moim przyjacielem niż kochankiem, może dlatego, że to wiele w naszej relacji wyjaśniło. Wiesz co mnie ubodło najmocniej w tej całej historii?

Mój facet okazał się gejem a ja zamiast pogrążać się w żałobie, chciałam bardzo mocno mu pomóc, bo widziałam jak go to męczyło. Wiesz co mi powiedział? Że mu ktoś kiedyś powiedział, że to choroba a on w to uwierzył. On autentycznie wierzył, że mu to przejdzie i dlatego właśnie próbował ułożyć sobie ze mną życie. Wyobraź sobie, że na poważnie zaczęliśmy rozmawiać o zaręczynach i ślubie i w sumie gdyby nie ten przypadek, to teraz pewnie miałabym na palcu obrączkę.

Zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać i spróbowałam się wczuć w jego rolę. Owszem, zachował się jak palant, bo kiedy był ze mną, to równolegle spotykał się ze swoim chłopakiem, ale wiesz co? Ja go trochę rozumiem. Nie, to nie jest syndrom ofiary. Pomyśl sobie, pochodzisz z małej pipidówy gdzieś na wschodzie Polski, większość twoich znajomych używa słowa pedał by kogoś obrazić, w szkołach i na studiach większość twoich znajomych spluwa przed powiedzeniem czegokolwiek o homosiach a ty wewnątrz siebie czujesz, że jednak bardziej podoba ci się Tomek a nie Agatka. Całe życie wmawiają ci, że wcale nie jesteś taki jaki jesteś, że to tylko choroba, że sobie wmawiasz, że ktoś ci to wmówił i że nie masz prawa czuć tego czego czujesz.

Nikt cie nie akceptuje.

Czujesz to? Właśnie dlatego rozumiem jego zachowanie. I nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mu było przez te wszystkie lata ciężko.

I to mnie najbardziej w tym wszystkim boli – to jak inni ludzie i ich opinie zniszczyły mu życie.

(…)

***

Są takie historie, obok których nie da się przejść obojętnie. Takie, po których przeczytaniu siedzimy jeszcze długo w fotelu chcąc jedynie zapłakać, albo po prostu przytulić nadawcę. To jedna z takich historii.

Wiecie, często w różnych dyskusjach, głównie w internecie, czytałem różnego rodzaju absurdalne wypowiedzi w stylu ja to nic do gejów nie mam, ale niech się z tym nie obnoszą, albo że homoseksualizm jest popularny. Że wszechobecna jest homopropaganda. Zawsze się z tego śmiałem, bo takie wypowiedzi są skrajnie głupie i świadczą jedynie o tym, że ktoś nie skalał się myślą na ten temat. Ignorowałem te „argumenty” w dyskusjach, nie pochylałem się nad nimi. I teraz trafia mnie szlag.

Każda jedna bzdura napisana w internecie, każda pochopna i lekkomyślna opinia, każde zdanie może nie tylko zrobić komuś przykrość, bo akurat to jest w tym wszystkim najmniejszym zmartwieniem, ale może wpłynąć na czyjeś życie. W głowie mi się nie mieści, że ktoś jeszcze, w XXI wieku może uważać, że homoseksualizm to choroba i jak każdą inną chorobę można go wyleczyć. A jednak wygląda na to, że miliony osób chodzi i powtarza to a powtarzając zmusza innych do uwierzenia. I potem dzieją się takie historie jak ta przytoczona przeze mnie.

Ludzie, którym własna płeć podoba się bardziej niż obca słyszą latami, że coś jest z nimi nie tak, że nie mogą czuć tego co czują, że powinni się leczyć, bo to nienormalne. Słyszą to latami od bliskich, przyjaciół, często rodziny i zaczynają w to wierzyć. I nie tylko nie czują akceptacji od innych ale mają problem z zaakceptowaniem samych siebie. Miotają się między tym czego chcą a tym czego mają chcieć według społeczeństwa. Tylko dlatego, że ktoś wie lepiej, co powinni, a czego nie powinni robić.

Nie ma czegoś takiego jak homopropaganda. Homoseksualizm nie jest kwestią mody. Homoseksualistą się rodzisz. Ot tak, po prostu. Tak jak rodzisz się wysoki, albo niski, tak jak rodzisz się rudy, niebieskooki, tak samo rodzisz się jakąś orientacją seksualną. Nie wiem, ale dla mnie to jest tak podstawowa wiedza, że aż mi głupio tutaj o tym pisać, bo to jakbym traktował cie jak idiotę, a przecież nim nie jesteś.

Jeśli uważasz, że „epatowanie homoseksualizmem” na paradach równości to przesada, że niech sobie będą gejami i lesbijkami ale w domach, to puknij się w czółko. Uwypuklanie problemu, który dotyczy dziesiątek tysięcy osób w kraju to nie jest „epatowanie orientacją”. Tak, zwracają na siebie uwagę, bo ty uparcie ignorujesz ich i ich potrzeby. Tak, wyobraź sobie, że oni też mają potrzeby. Na przykład móc formalnie się związać, tak żeby móc dziedziczyć majątek i bez przeszkód odwiedzać się w szpitalach. Jak ci nie odpowiada parada równości to na nią nie przychodź, nie ma przecież takiego obowiązku.

I może zamiast wypowiadać kolejne głupoty zatrzymaj się na moment. Pomyśl przez chwilę. I zacznij traktować osoby odmiennej orientacji jak ludzi.

Bo oni, wyobraź sobie, są ludźmi i zasługują na szacunek.