Nowe „Z Archiwum X” – czy sentyment wystarczy? Chyba jednak nie

Niby legenda, a jednak niespecjalnie zachwyca.

Nowe „Z Archiwum X” to dobra okazja by sprawdzić, czy siła sentymentu wystarczy, by przywrócić stary produkt na rynek. Wielkie powroty są ostatnio popularne, w końcu mieliśmy okazję zaobserwować choćby come back Frugo, od kilku lat prowadzone są prace nad nową wersją kultowej Syrenki, a o remake-ach czy kontynuacjach dawno zakończonych serii w kinematografii głośno jest nie od dziś. W takich wypadkach najzwyczajniej w świecie chodzi o kasę, którą jeszcze raz mądre głowy chcą z nas wydusić, a my potulnie im na to pozwalamy. Czasami wychodzi to nam na dobre, choćby jak przy okazji Gwiezdnych Wojen o których napiszę niedługo w ramach cyklu Oscary 2016. No ale czasami wychodzi też nie najlepiej. Boję się, że tak będzie z „Z Archiwum…”.

Największą moją obawą przed obejrzeniem pierwszego odcinka nowej serii było to, że ciężko mi będzie odczarować Duchovnego z roli Hanka Moody-ego. Kurczę, przez ostatnie lata tak się zżyłem z tą postacią, tak ją pokochałem, że przestałem widzieć w nim (jak wcześniej) agenta Muldera i za Chiny Ludowe i kawałek Kambodży nie widziałem go z powrotem jako tropiciela ufoludków. To są jednak całkowicie odmienne role a sami wiecie, że jak już się kogoś w jakiejś roli polubi to nie da się go wymazać z pamięci.

Poza Duchovnym, nie miałem żadnych oczekiwań. Serio, nie napalałem się, że oto wraca wielka produkcja, że coś wartego uwagi, albo że muszę to obejrzeć. Nie mogłem mieć takich oczekiwań, bo tak naprawdę nie oglądałem nigdy w pełni starego „Z Archiwum X”. Najpierw leciało to za wcześnie dla mnie i byłem zbyt młody, żeby bez problemu rodzice pozwalali mi to oglądać. Do dziś pamiętam jak mama zgodziła się, bym obejrzał jeden odcinek z nią, ale to nie zdarzało się zbyt często. A na oglądanie gdzieś ukradkiem nie miałem specjalnie możliwości, bo przecież to były czasy przed internetem a telewizory zawsze były okupowane. Parę lat temu nawet postanowiłem, że nadrobię stracone lata i obejrzę wszystkie sezony już jako świadomy widz, ale starczyło mi sił na dwa czy trzy odcinki, a potem zająłem się czymś innym.

Tak więc podchodząc do tego serialu zupełnie bez oczekiwań odrobinkę się jednak zawiodłem. Fakt, oglądałem dopiero jeden odcinek, ale szczerze mówiąc nie porwał mnie. Mało tego, było sporo rzeczy, które mnie nieco odtrąciły. Oto bowiem w jednym odcinku prześlizgujemy się po większości znanych teorii spiskowych i wszystkie one są jakoś tak pokracznie połączone. Na dodatek mój ukochany Hank Moody, jednak inteligent, a zdaje się te teorie łykać jak młody pelikan. No nie, nie kupuję tego. Chyba już trochę z tych naiwnych bajeczek wyrosłem. Nawet klimaty fantasy można podać w zdecydowanie lepszy sposób.

Jeśli dodamy do tego fakt, że fabuła nie zaskakuje, gra aktorska nie porywa a serial tak naprawdę, poza stroną wizualną, przypomina produkcje z lat 90, to nie dostajemy zachęcającego i soczystego dania, a co najwyżej odgrzewany kotlet, który tydzień temu przygotowała nam mama (w tym miejscu pozdrawiam wszystkich studentów – dacie radę sesji!). Poza pochwaleniem jak zwykle genialnej muzyki wejściowej naprawdę trudno powiedzieć coś dobrego. Może drugi odcinek będzie lepszy? Oby, bo chciałbym żeby coś z tego było. W człowieku odzywa się jednak taki sentyment, gdy słyszy się nazwiska Mulder, Scully czy Skinner.

Szkoda by było, gdyby na sentymencie się skończyło.