Wszyscy chwalą, więc sprawdzam czy rzeczywiście warto.

Po pierwszej fali zachwytów nad Stranger Things sięgnąłem do jego opisu – zawsze lubię wiedzieć o czym jest ten serial, żeby w ogóle móc w jakiś sposób ocenić, czy jestem nim zainteresowany. Ten opis mnie trochę odstraszył. Nie dość, że wymieszanie iluś stylów, głównymi bohaterami są dzieci to jeszcze czytam o jakichś nadprzyrodzonych historiach rodem z „X-Files”, a na dodatek serial jest gatunkowo zbliżony do horroru. Horror to gatunek filmowy najgorszego sortu. No, ale jak to w życiu bywa, w końcu się przełamałem. Kolejne dobre słowo na jego temat na fejsie i pomyślałem – dobra, chcę być na bieżąco.

Nie będę mistrzem suspensu i od razu zdradzę ci tajemnicę. Wchłonąłem serial w dwa dni, a to i tak tylko dlatego, że akurat się szykowałem do wyjazdu. W zasadzie możesz sobie odpuścić czytanie dalszej części bo już sam fakt prędkości wchłonięcia całego sezonu powinien ci wiele powiedzieć. Ale żeby nie było, że się obijam na wakacjach, to powiem ci dlaczego warto.

Po pierwsze – historia jest na krawędzi faktów, mitów i fantastyki. Coś jak w powieściach Dana Browna – weź prawdziwe miejsce i prawdziwą historię a potem ubarwiaj ją, wykorzystując znane  teorie spiskowe. Wszystko się miesza i dostajemy bardzo smaczną miksturę. Fakty i naukowe teorie uwiarygodniają w ten sposób każdą fantazję, więc bardzo łatwo wmówić jakąkolwiek rzecz widzowi. W tym wypadku bardzo dobrze robi to całej historii, dzięki czemu elementy fantastyczne nie są tak naiwne i dziecinne, jak by się mogło wydawać.

Po drugie, serial rzeczywiście jest o dzieciakach, ale zdecydowanie nie jest tylko dla nich. Jako dorosły widz swobodnie wczuwałem się w postaci, zwłaszcza, że serial bazuje na wielu chłopięcych marzeniach i przygodach. Nadprzyrodzone moce, tajemnice, rządowy spisek, przygoda a do tego Dungeons and Dragons – to wszystko całe moje dzieciństwo, a tu historia wyglądająca całkiem poważnie.

Stranger Things jest doskonale zbudowane. Jest dobrze dawkowane napięcie, są idealne cliffhangery, a jednocześnie małe tajemnice rozwiązywane są na tyle szybko, że nie powodują frustracji. Tempo akcji jest idealne – ani za wolne ani za szybkie. Pomaga też niewielka ilość odcinków. Autorzy z niczym nie przesadzili, a podczas oglądania, gdy tylko pojawiała się w mojej głowie myśl no dobra, ale mógłby jej już ktoś uwierzyć to za chwilę tak też się działo.

Nie mam wykształcenia, żeby oceniać grę aktorska, ale w żadnym momencie nic mnie nie raziło ani nie zauważyłem żadnych niedociągnięć ani też nic nie wyglądało sztucznie, więc każdy Jan Kowalski kina na pewno powinien być zadowolony.

Ta produkcja nie jest serialem przełomowy czy nawet oryginalnym. Żywcem przenosi wzorce z hitów takich jak E.T, The Goonies czy nawet Władca Pierścieni, ale robi to w tak umiejętny sposób, że nie ma to żadnego znaczenia. Świetnie zbudowany klimat i świat w który po prostu się wchodzi bez żadnej zwłoki – to jest właśnie Stranger Things. Włączasz pierwszy odcinek i dzień później okazuje się, że już wszystko obejrzałeś i czegoś ci w życiu zaczyna brakować. A o to chyba w tym wszystkim chodzi, prawda?