Masz pracę, fajne cycki i zainteresowania ale nie możesz znaleźć faceta?

Zima, wieczorowa pora, duże miasto gdzieś na południu Polski. Jak tylko uporasz się z obowiązkami planujesz z kumplami wypad na imprezę. W domu szybki szałer, ostatnie poprawki drwaloseksualnej brody, trzy psiknięcia Fahrenheitem od Diora, prasowanie koszuli i pastowanie butów. Jeszcze tylko zakładasz zegarek i jesteś gotowy do wyjścia. Najpierw bifor na chilloucie u znajomego. Jakieś pierwsze drinki, żeby na trzeźwo nie wchodzić do klubu, co twardsi piją szkocką na kamieniach, ci mięksi zwykłe piwka. Jeszcze chwila wprawiania się w dobry nastrój i zamówicie taksówkę.

Wejście na imprezę macie iście w heinekenowskim stylu: piąteczki ze znajomkami, buziaczki z przyjaciółkami, pozdrowienia od didżeja. I piwo przy barze. Jedno, na spokojnie. Do pierwszego wyjścia na parkiet jeszcze kilka chwil, trzeba się zadomowić, wybadać teren, wypatrzyć zwierzynę. Po kilku łykach i kilku beatach zaczyna drgać ci nóżka a disco-palec wystukuje rytm na butelce. Zaczynasz czuć nastrój, więc zaczynasz wypatrywać za ciekawymi celami.

Chcąc nie chcąc, po kilku chwilach przyjaciele zaciągają cie na parkiet i nie masz wyjścia – musisz podbić dancefloor. Robisz to nie próżnując, cały czas mierzysz wszystkie okoliczne dziewczyny taksującym spojrzeniem, ale tylko na jednej zatrzymujesz. Biodra, panie, jakie biodra, jakie ruchy. Zapach kwiatów rozsiewany przez falujące podczas obrotów włosy uniemożliwia jakiekolwiek skupienie. Dżinsy opinające smukłe nogi zapowiadające nielichą kontynuację wieczoru, a odważny dekolt zmuszający świętych do kosmatego spojrzenia. Ale to co wzmaga efekt i potencję to spojrzenie z zadziornym uśmiechem.

Czaisz się na nią i czaisz, ale nic nie robisz. Podziwiasz jej piękno i nawet przechodzi ci przez myśl, że może jednak, ale ostatecznie odpuszczasz. Wiesz, że jest poza twoją ligą. W końcu najlepiej brać udział tylko w tych bitwach, które na pewno się wygra, prawda? Jej koleżanka, choć nie tak zjawiskowa, zdaje się być pewniejszą opcją. Nie ma sensu psuć sobie przecież wieczoru.

Pisze do mnie dużo dziewczyn i jest niemała część z nich, które nie potrafią zrozumieć, dlaczego nie mają tego mitycznego szczęścia w miłości. Piszą, że są piękne, młode i mają jędrne cycki. Podobno są wykształcone, mają zainteresowania, pasje i nie boli ich wieczorami głowa. Nie nudzą się w życiu, wiedzą czego chcą a jednak na każdym kolejnym spotkaniu rodzinnym są obiektami niewygodnych pytań ze strony ciekawskich ciotek – a kiedy, a czemu jeszcze nie, przecież już czas na dziecko, dom i emeryturę.

Wiecie, to jest trochę tak, że mężczyźni mają trudniej. Wszyscy przecież wiedzą, że kobiety są bardziej emocjonalne i im te emocje pokazywać wolno. Nie ma nic niezwykłego w płaczącej kobiecie i nie ma nic niezwykłego w kobiecie zagubionej. Ale płaczący czy zagubiony facet to gorzej niż morderca małych szczeniaczków. Facet powinien być twardy, więc skoro powinien to jest. I nic to, że emocje czasem się w nim dzieją. On je ignoruje, albo ich unika. I wie, że jak grać, to tylko tak, żeby wygrać. Więc gdy widzi ciebie, najpiękniejszą na sali, to woli uderzyć do twojej koleżanki, szarej myszki. Ty możesz mu odmówić. Ona nie powinna.

A wszyscy boimy się odrzucenia tak samo. I tak samo nas to odrzucenie boli.

Ale nie wszystkim ten ból wypada.

photo credit: little.rose via photopin cc