Aż trochę wstyd się przyznawać czego człowiek kiedyś słuchał, ale przyjemnie patrzeć, jak dobrze radzi sobie gatunek słuchany za młodu.

Co raz więcej chcecie wiedzieć o mnie. To zrozumiałe, w końcu rodzice zabraniali rozmawiać z nieznajomymi ale będę o sobie opowiadał na moich zasadach. Dziś będzie o fragmencie mojego dzieciństwa, który definiował mnie przez długi czas i miał spory wpływ na to kim jestem dzisiaj. Nie uważam się za jakiegoś dinozaura ani tym bardziej nie zamierzam nikogo przekonywać, że za moich czasów to dopiero było, ale są pewne rzeczy, których młodsi czytelnicy mogą już nie łapać, więc wybaczcie mi, jeśli będę prawił o oczywistych oczywistościach. Zacznę od muzyki, bo w czasach mojego dzieciństwa to właśnie ona decydowała z kim można a z kim nie można się zadawać.

Szczęśliwie dla mnie urodziłem się w końcówce pokolenia, które miało szanse na praktyczne wykorzystanie wiedzy pt. co ma wspólnego ołówek z kasetą. Nie żeby była to jakaś tajemna wiedza, ale były to lata, w których jeszcze nie było w moim mieście hipermarketów a muzyki słuchało się głównie z radia, albo jak ktoś już nagrał to z kaset. Kupienie kasety z muzyką było oczywiście już możliwe, ale jeszcze nie na taką skalę i trzeba było trochę poszukać, więc jeśli ktoś nie był prawdziwym fascynatem jakiegoś zespołu to raczej się tego nie robiło.

Moje pierwsze radio dostałem od brata mojego ojca, a więc wujka, choć nigdy go wujkiem nie nazywałem, bo był ledwie 7 lat ode mnie starszy. Radio było zepsute i nie można na nim było odtwarzać kaset, ale łapało kilka stacji, więc i tak było dla mnie wtedy świetną sprawą. Radio, jak to radio, słuchało się tego co leciało, a że łapało tylko kilka stacji (tylko kilka ich było) to wybór nie był zbyt imponujący. Dopiero na komunię dostałem pierwszego jamnika z dwoma komorami na kasety i z możliwością słuchania go na baterie. To było coś, mogłem jak na ówczesnych teledyskach chodzić z radiem na ramieniu i udawać joł elo ziomka. Ale prawdziwym krokiem na przód był fakt, że mogłem w końcu nagrywać muzykę na kasety.

Jak już wspominałem, radio ma to do siebie, że leci to co leci, a nie to co chcesz by leciało. Dzisiaj jak chcemy posłuchać jakiegoś kawałka to wystarczy włączyć YouTube albo Spotify, klikamy i słuchamy. Natomiast kiedyś trzeba było się czaić aż nasz utwór w końcu poleci. I odpowiednio wcześniej zacząć nagrywać. Tak właśnie udawało mi się nagrywać moje pierwsze utwory, które jak się uprzeć, można by nazwać hiphopowymi.

Głośne słuchanie muzyki było wtedy czymś w rodzaju dzisiejszego lansu z fotkami żarcia wrzucanymi na instagrama – nikt nie pyta po co, po prostu się to robi. Nigdy więc nie zapomnę jak siedząc samemu w domu, wystawiałem swojego jamnika specjalnie na balkon i odpalałem na pełen regulator tylko po to, by sąsiedzi słyszeli, że słucham. Niestety nikt na to nie zwracał specjalnie uwagi, więc szybko tego zaprzestałem.

Dopiero nieco później zaczęło się bardziej świadome słuchanie hiphopu. Ten sam wujek co podarował mi zepsute radio, pojechał raz z klasą do Poznania, gdzie udało mu się kupić oryginalną kasetę Kalibra 44, W 63 minuty dookoła świata. To był przełom. Zaraz potem zaczął się boom na tą muzykę w kraju, powstała Paktofonika, którą kocham po dziś dzień, pojawili się też inni wykonawcy, tacy jak Grammatik, Peja, czy Pezet, z którego powodu w zasadzie piszę ten wpis.

Nie byłem co prawda wielkim fanem Pezeta, ale słuchałem kilku jego kawałków i podobały mi się. Hiphopu nie słucham już tak intensywnie jak kiedyś, ani nawet nie śledzę specjalnie nowinek ale lubię do czasu do czasu wrócić do korzeni i tym bardziej mnie cieszy informacja o której przeczytałem ostatnio na NaTemat. Otóż całkiem znany piosenkarz nagrał jazzowy cover powyższego utworu Pezeta i wyszło to całkiem sympatycznie.

Niby nie jest to jakaś genialna historia, ale cieszy mnie bardzo fakt, że stosunkowo młoda muzyka jaką jest hiphop, zwłaszcza ten w polskim wydaniu, staje się inspiracją dla artystów gustujących w starszych, wciąż chyba bardziej poważanych gatunkach. Tak samo jak te gatunki były inspiracją dla hiphopu, przez co historia zatoczyła koło. Nie jestem na bieżąco z nowymi kawałkami i wykonawcami, ale lubię sobie posłuchać moich artystów. I to przyjemne, że muzyka której słuchało się za młodu, że artyści, którzy niejednokrotnie definiowali to kim się było czy nawet kim się jest, wciąż mają się dobrze. Niech się mają, bo zasłużyli. Byli inspiracją dla całego pokolenia dzieciaków takich jak ja.